Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film kanadyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film kanadyjski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 października 2015

Dead Ringers

Ach, ten David Cronenberg. Patrzę w mój Filmweb (katalogowanie > życie) i widzę, że średnia ocen, jakie wystawiłam jego produkcjom, nie przekracza okolic 6/10 (a i tak jest zawyżona przez eXistenZ, które całkiem lubię). I nieważne, czy mówimy tu o eksperymentach sprzed lat, czy o gwiazdorskich produkcjach ostatnich dwóch dekad - twórczość tego pana zupełnie do mnie nie przemawia. Przy okazji niestety co się zobaczyło, to się nie odzobaczy, a większość filmów Cronenberga (wszystkie?), ma w sobie pewien znaczący element: są obrzydliwe. Zawsze coś z wnętrznościami, bebechami, wsadzaniem łap w powłoki brzuszne. Niby to wszystko plastikowe i umowne, ale jakby przez to - jeszcze wstrętniejsze. I tak zostaję potem z obrazkami cielesnego rozkładu wypalonymi na siatkówce, po raz kolejny mówiąc sobie, że to ostatni raz.

Ponieważ jednak "Cronenberg" to prawdopodobnie jedno z niewielu kanadyjskich nazwisk, jakie potrafiłby wysupłac z pamięci przeciętny zjadacz chleba, od czasu do czasu daję temu panu kolejną szansę i zapoznaję się z następnym punktem z jego filmografii.


Tytuł Dead Ringers majaczył wielokrotnie na listach najlepszych kanadyjskich filmów. Po polsku dead ringersów ochrzczono Nierozłącznymi (dla fanów zaśmiecania głów ciekawostkami, tutaj krótki artykuł o tym, co i dlaczego fraza "dead ringers" oznacza). Film powstał w roku 1988, a podwójną rolę główną zagrał tu subtelnie, lecz bardzo przekonująco operujący aktorskimi trikami Jeremy Irons. Podwójność wynika z tego, iż bohaterami są tu jednojajowi bliźniacy: Beverly i Elliot, obaj z oddaniem wykonujący zawód lekarzy ginekologów. Korzystając z idealnie identycznych fizjonomii, wymieniają się czasem obsługą pacjentek, publicznymi wystąpieniami oraz, co przecież oczywiste, seksualnymi partnerkami. (Gdyby nie ta drobna braterska pomoc, jak twierdzi Elliot, nieśmiały i wycofany Beverly nigdy nie zaznałby uroków fizycznej miłości). I tak żyją sobie spokojnie w tej patologicznej, lecz uporządkowanej symbiozie. Ale do czasu! W ich podwójnym życiu pojawia się bowiem nowa pacjentka, Claire - bezpłodna aktorka, szybko wdająca się w romans z Elliotem, który to tradycyjnie na kolejną randkę wysyła swojego ukochanego brata.

Co może nastąpić w dalszej kolejności? Jak tu o Cronenberga, równia pochyła, upadek, zgliszcza. Czy można bezkarnie próbować przeciąć bliźniaczą więź - lub chociaż naciągnąć ją na tyle, by w układzie znalazło się miejsce dla osoby trzeciej? Kto zniesie trudy nowej sytuacji, a komu psychika nie wytrzyma? Odpowiedzi na te i inne pytania w Dead Ringers, filmie zaskakująco chłodnym i oszczędnym w środkach. Techniczna prostota bardzo wpisuje się w kanadyjskie tradycje filmowe, ale przecież jest to spotkanie z Davidem C., mistrzem cielesnej degrengolady. Bez obaw, te obsesje pojawiają się i tutaj, medycyna miesza się z torturą, na szczęście tym razem więcej niż zwykle dzieje się w sferze niedopowiedzeń, a widz otrzymuje raczej narzędzia dla wyobraźni (dosłownie), nie zaś wyraźny obraz. (Choć najwyraźniej Cronenberg nie potrafi odmówić sobie przynajmniej jednej obrzydliwej sceny z udziałem ludzkiego brzucha na film).

Wygląda zatem na to, iż po wielu bojach trafiłam w końcu na film pana Cronenberga, który uważam za udany i który mogę polecić! Wizualna sterylność i emocjonalna karuzela fabuły tworzą ciekawy balans, a powściągnięcie najbardziej rozpasanych demonów psychiki reżysera wyszło filmowi na dobre. Dead Ringers podwyższają Cronenbergowi moje filmwebowe statystyki, co na pewno bardzo, bardzo go ucieszy! 


piątek, 13 marca 2015

Introducing documentaries: John Grierson

Cześć! 
Zacznę od tego, że Koło Naukowe Amerykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego we współpracy z Instytutem Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ oraz Kołem Naukowym Bezpieczeństwa Narodowego UJ (prezydent Ula Rojek, zdobywasz totem) organizuje VII Dni Kultury Amerykańskiej. Tegorocznym tematem będzie pasja Uli, którą przedstawiłaby w autoprezentacji w "Jeden z Dziesięciu", czyli wojna. Konferencja odbędzie się w dniach 22-24 kwietnia, i wtedy Karol i Koło Naukowe staną na rzęsach, by wszystko wyszło pięknie. Jest to jasne jak słońce, bo organizowany przez nich American Quiz był rewelacyjnym wydarzeniem, w którym kobiece drużyny V roku amerykanistyki UJ zajęły odpowiednio czwarte i piąte miejsce tracąc do podium dwa punkty! Ogromnym pocieszeniem był fakt, że dostałyśmy nielegalną czekoladę oraz odpowiedziałyśmy prawidłowo na pytanie o zniesienie senioratów w Quebecu, najdłużej urzędującego premiera i Budkę Suflera. Wspaniale jest uwielbiać swoje studia.


Teraz płynnie przejdę do właściwego wpisu egoistycznie życząc wszystkim udanych podróży i miłego dnia. Panie i Panowie-film dokumentalny i John Grierson. Zgodnie z tym, czego nauczyły mnie studia powiem, że poniższy tekst jest mojego autorstwa, a źródła znajdują się na samym końcu. Łączenie pracy naukowej z luźną formą bloga wydaje mi się nieco dziwne, ale spróbuję. Pana tego poznałam zupełnym przypadkiem. Mieliśmy współpracować w celu zaliczenia filmu kanadyjskiego i na szczęście nikt nam w tym nie przeszkadzał (ani nie pomagał, ale to już sprawa do wpisania do ankiety).  Oczywiście próba streszczenia jego życiorysu oraz historii NFB w kilku akapitach jest świętokradztwem, dlatego potraktujmy poniższy tekst jako zarys lub wprowadzenie do tematu.

W dzisiejszych czasach twórca kinowy, filmowiec dość jednoznacznie kojarzy się z reżyserem. Jeśli reżyser napisze do swojego filmu scenariusz lub muzykę, dodatkowo go wyprodukuje i jeszcze przyzna w nim sobie rolę zostaje ogłoszony mianem artysty, wizjonera. John Grierson wyreżyserował dwa filmy, z czego jeden jest praktycznie nieznany. W dziesiątki filmów, które wyprodukował nie zaangażował ani pensa z własnego portfela. Dodatkowo był Szkotem, dlaczego więc zamierzam nazywać go „wielkim kanadyjskim twórcą”? Kanadyjska kinematografia w tym kształcie nie istniałby bez Johna Griersona. I nie jest to hiperbola.



Kanadyjskie filmy dokumentalne doceniane są na całym świecie. Nie potrzebuję wstawiać tutaj przypisów, gdyż dla każdej osoby interesującej się kinem w stopniu nieco większym niż coniedzielne spacery do multipleksu, nie będzie to zaskoczeniem. Wystarczy wybrać się na jakikolwiek festiwal filmowy, nawet w Polsce, aby na liście filmów konkursowych znaleźć co najmniej kilka pozycji. Dlaczego Kanada? Najbardziej oczywistym z powodów niech będzie piękno i wyjątkowość jej przyrody. 44 parki narodowe, w tym Banff, utworzony w 1885 roku, drugi po Yellowstone najstarszy park narodowy w Ameryce Północnej. Olbrzymia powierzchnia (niemal 10 milionów kilometrów kwadratowych) zamieszkała przez 30 milionów osób. Kanada jest krajem o olbrzymich złożach surowców naturalnych, między innymi w Arktyce, co wzmaga zainteresowanie tym rejonem na całym świecie. Widzowie interesują się nie tylko złożami ropy, ale i życiem ludności rodzimej, o którym wiemy coraz więcej, właśnie dzięki dokumentom. Tematów dostarcza także kontrowersyjna, w pojęciu wielu ludzi, polityka społeczna pozwalająca na śluby par homoseksualnych, aborcję czy legalne palenie marihuany. Niełatwa i rzadko nauczana poza Kanadą historia tego kraju również dostępna jest dzięki filmom dokumentalnym. Mimo przenikania się kultur oraz bliskości geograficznej Stanów Zjednoczonych, Kanadzie udało się zachować tożsamość narodową na płaszczyźnie filmowej.


John Grierson urodził się 26 kwietnia 1898 roku w Deanston, Perthshire w Szkocji. Jego ojciec był nauczycielem, matka wspierała działania sufrażystek. Od najmłodszych lat rodzice zachęcali go do samodzielnego myślenia i kształtowania własnych opinii. W 1916 roku rozpoczął naukę na Glasgow University i przerwał ją, by zaciągnąć się do wojska podczas I Wojny Światowej. Po Wojnie wrócił na uczelnię i zdobył tytuł magistra filozofii z wyróżnieniem. W 1923 roku wyjechał do Chicago w ramach stypendium Rockefellera. Czas spędzony z oceanem poświęcił na badania dotyczące wpływu mediów na opinię publiczną. Zainteresował się filmem, spędził trochę czasu w Hollywood. Ludzie, których wtedy poznał mieli mieć ogromny wpływ na jego przyszłość. W 1925 roku, podczas pobytu w Nowym Jorku poznał Waltera Wangera, amerykańskiego producenta filmowego, którego poglądy na temat filmu zbiegały się z jego własnymi. Obaj zgadzali się, że „filmy mają obowiązek edukować odbiorców interpretując rzeczywistość w ciekawej formie”. Wanger, związany wtedy z Paramount Studio. Grierson zaangażował się w działalność tamtejszej Theatre Managers Training School, sporządził liczne raporty z działalności studia oraz napisał kilka artykułów do New York Sun oraz Herald Tribune. W jednej z publikacji stwierdził, że film „jest jedyną prawdziwie demokratyczną instytucją, jaka kiedykolwiek zaistniała na skalę światową”. W 1929 roku napisał, wyreżyserował i wyprodukował swój jedyny w całości autorski film, Drifters. Jest to niemy, czarno-biały dokument, opowiadający o życiu odważnego rybaka pracującego na Morzu Północnym. Drifters różnił się od tego, co proponowali twórcy hollywoodzcy i europejscy. Twórca wyszedł poza studio filmowe, zrezygnował z aktorów na rzecz prawdziwych rybaków, podjął ryzyko nagrywając sceny w łodzi, na pełnym morzu. Starał się być jak najbliżej swoich bohaterów. Pozbył się subiektywnej narracji starając się jak najpełniej oddać rzeczywistość. Dzisiaj takie działanie stanowi kwintesencję filmu dokumentalnego.



Po premierze filmu w London Film Society w 1929 roku oraz ciepłym przyjęciu ze strony krytyki, John Grierson zakłada szkołę dokumentalizmu, która w przyszłości wyda na świat wielu uznanych twórców takich jak Basil Wright czy Paul Rotha. Griersonowi zależy na tym, aby jego studenci nie ograniczali się do jednej ze sztuk filmowych, dlatego organizuje pracę tak, aby nauczyć młodych twórców pracy na każdym etapie powstawania filmu. Wszechstronność stała się cechą charakterstyczną dokumentalistów, gdyż niejednokrotnie pozbawieni są oni możliwości korzystania z pomocy kamerzystów, dźwiękowców czy montażystów i zdani na siebie muszą sami się tym zająć.

Wraz z początkiem lat 40. kanadyjskie kino zaczyna chylić się ku upadkowi. Hollywood gasi kanadyjskie próby przebicia się do świadomości międzynarodowego widza. Niewiele osób pamięta, że coraz bardziej popularna aktorka Mary Pickford pochodzi z Toronto, a Mack Sennet, ojciec sukcesu Charliego Chaplina, z Quebecu. Amerykański przemysł filmowy rozwija się dzięki olbrzymim nakładom finansowym, a także prawu pozwalającemu nazywać filmy produkowane na północną granicą mianem amerykańskich. Twórcy przenoszą, więc produkcję do Kanady, aby zmniejszyć budżet. W tym samym czasie kanadyjskie kino praktycznie nie istnieje. Co więcej, Kanada wciąż przypomina bardziej zlepek różnych narodowości zamieszkujący osady oddalone od siebie o setki kilometrów, niż państwo narodowe. Rząd, który wcześniej zauważył ogromne możliwości filmu w procesie budowania kanadyjskiej tożsamości decyduje się szukać pomocy w Wielkiej Brytanii. Zamawia raport, który opisać miał stan ówczesnego kina kanadyjskiego, aby na jego podstawie móc szukać rozwiązania problemu. Z pomocą przychodzi John Grierson, który na zaproszenie ówczesnego premiera, Williama Lyon Mackenzie Kinga, przybywa do Kanady i w 1939 roku staje na czele utworzonej w odpowiedzi na wyniki raportu National Film Board. Instytucja ta nie miała z założenia zajmować się tylko dokumentem. Wybucha jednak II Wojna Światowa i kanadyjskie społeczeństwo zaczyna czuć potrzebę wytłumaczenia sytuacji zza Oceanu.


Grierson jako dyrektor NFB staje się orędownikiem narodu. Film był dla niego „amboną, z której należało prowadzić działalność edukacyjną i propagandową w służbie demokracji”. Niedługo po wybuchu Wojny na wniosek Griersona utworzone zostaje Bureau of Public Information, którego zadaniem miało być zbieranie i publikowanie informacji na temat kanadyjskich działań wojennych. Niedługo później nakręcona zostaje seria krótkich filmów zatytułowana Canada Carries On, która puszczana była przed filmami pełnometrażowymi w kinach w całym kraju. Po upływie mniej niż roku dwudziestominutowe obrazy dostępne były już w całym kraju. Zarówno władzom jak i Griersonowi zależało, aby mogli zobaczyć je mieszkańcy nawet najmniejszych miasteczek, dlatego zaczęto organizować pokazy w szkołach, kościołach, bibliotekach. Część kopii udostępniono uniwersytetom. Bariera językowa nie przeszkodziła również mieszkańcom Quebecu i Nowego Brunszwiku, bowiem część z filmów wyprodukowana została w języku francuskim. Filmy te stanowią olbrzymią wartość nie tylko dla Kanady i jej dziedzictwa kulturowego, ale i dla reszty świata, gdyż jeszcze w trakcie II Wojny Światowej trafiły one do Indii, USA czy Australii.



Jednak w owym czasie działalność National Film Board nie koncentruje wyłącznie na filmach informacyjnych. Powstaje wiele innych potrzebnych, ale przede wszystkich zrozumiałych dla społeczeństwa obrazów. Jednym z nich był Churchill's Island (1941), przedstawiający dzielnych brytyjskich żołnierzy z Royal Air Force walczących przeciw Luftwaffe w Bitwie o Anglię. Jest to pierwszy film NFB, który otrzymał Oscara. Jest to także pierwszy film, któremu przyznano nagrodę w kategorii „krótkometrażowy film dokumentalny” EVER.

Naród kanadyjski upodobał sobie pionierów oraz postaci zdolne do osiągnięcia tego, czego nikt wcześniej nie dokonał. Docenia się tam nie tych słynących z siły fizycznej i waleczności, ale tych, którzy uczynili wiele dla innych. Frederick Banting odkrył insulinę, Arthur D. Ganong stworzył pierwszego czekoladowego batona, a John Grierson przedstawił światu film dokumentalny. Dla niektórych może to nie być wielkie osiągnięcie, ale dla tysięcy fanów kinematografii, dla wielu festiwali filmowych i wreszcie, dla milionów ludzi chcących dotrzeć tam, gdzie z wielu względów nigdy nie trafią, film dokumentalny jest jednym z cudów świata, a Grierson postacią, której powinno stawiać się pomniki.



Żródła:


Albert Ohayon, Propaganda cinema at the NFB, w: NFB/blog 2011, http://blog.nfb.ca/blog/2009/07/13/propaganda-cinema. 
Ann Curthoys, Marilyn Lake, Connected Worlds: History in Transnational Perspective, Canberra: ANU E Press 2005. 
George Melnyk, One Hundred Years of Canadian Cinema, Toronto: University of Toronto Press 2004..
John Grierson, Motion Pictures News 1926, cyt. w: Hardy 1979.
Radosław Rybkowski, W cieniu Wielkiego Brata, w: Nowe kino kanadyjskie, Tom McSorley (red.), Kraków: Korporacja ha!art, MFF Era Nowe Horyzonty 2009.




czwartek, 18 grudnia 2014

seasonal greetings

Słuchajcie, Święta już za 6 dni! Za 18 godzin zaczynamy ferie! Dziś siedzimy jeszcze w naszym milutkim Instytucie, jemy pierniki i słuchamy orkiestry zza okna. Niektórzy (nie wskazuję palcem) twierdzą, że nie czują jeszcze świątecznej atmosfery - ja czuję jak najbardziej, bowiem poważnie i metodycznie nad nią pracuję za pomocą ścieżki dźwiękowej, aktywności (łyżwy!) oraz filmografii. Jeśli pragniecie wprowadzić się w odpowiedni nastrój za sprawą produkcji kanadyjskich, służę pomocą. Trzy filmy na Święta (ale oczywiście nie na niedzielę).



1. The Christmas Consultant

Zdecydowanie za bardzo lubię Davida Hasselhoffa. To naprawdę spoko gość! Może większości obywateli świata kojarzy się tylko z czerwonymi kąpielówkami, ale okazuje się, że czasem wkłada też kurtkę i czapkę, co musiałam niezwłocznie zobaczyć. Jak wszystko, w czym pojawia się David, The Christmas Consultant jest przygodą! To nakręcony w 2012 film telewizyjny w reżyserii tajemniczego Kanadyjczyka Johna Bradshawa, który, jak się okazuje, uczynił robienie świątecznych filmów swoją życiową misją (JEDYNY SŁUSZNY WYBÓR). O co tu chodzi? O zmęczoną obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi panią Fletcher pragnącą nieco ułatwić sobie życie zatrudniając tytułowego świątecznego party plannera (którego zaangażowanie i ekscytacja wszystkim świątecznym może równać się tylko z moimi), by zorganizował jej idealne Boże Narodzenie. W tej roli cudownie okropny Hasselhoff z zieloną muchą pod szyją. Gdyby film ten nie pochodził z telewizji Lifetime, do końca czekałabym na plot twist i odkrycie, iż bohater jest psychopatycznym mordercą wieszającym na choince głowy swoich ofiar. Nie jest, to tylko kunszt aktorski Davida. Jeśli lubicie filmy rozkosznie beznadziejne, polubicie The Christmas Consultant. Jeśli lubicie filmy o Świętach, polubicie The Christmas Consultant. Jeśli lubicie obie te rzeczy naraz, szykujcie się na małe eksplozje w Waszych głowach, David forever!


  
2. Mon Oncle Antoine

Tu nie ma kampowego Davida i w ogóle nie bardzo jest do śmiechu. Jeśli tak jak ja nieświadomie włączycie tę quebecką produkcję z 1971 roku pełni świątecznego ciepła i radości w serduszkach, to będzie Wam trochę źle. Nikt tu nie śpiewa ładnych piosenek, pokoju dla ludzi dobrej woli brak, a brudnozimowy krajobraz regionu Asbestos chorobliwie przypomina moje rodzinne Świętochłowice 20 lat temu. Jeśli jednak bardziej niż ukołysania się w kolorowym świecie mikołajów, choinek i powszechnej miłości szukacie porządnego kina - Wujaszek Antoine jest dla Was! Claude Jutra przedstawia dorastanie w Quebecu wśród mroków lat 40. w sposób brutalny. Śmierć, brzydkie twarze, zimno i wielkie futra. Nie będę wyliczać tu wszystkich nagród i list top ten, na których ten film się znalazł, bo są liczne. Gdyby istniała lista najmroczniejszych filmów świątecznych, to bym go na niej umieściła. Dla tych, którzy depresji nie porzucają nawet sezonowo - jak znalazł, NFB służy w całości:



3. A Christmas Story

By nie zostawiać nikogo z brudnym śniegiem i chorobą jako gwiazdkowym leitmotivem, na koniec propozycja z kategorii tych miłych, dobrych i przyjemnych jak Święta. Niby też osadzona w latach 40., a jakże niepodobna! To dzieło Boba Clarka - zupełnie inne w klimacie niż jego świąteczna produkcja, o której pisałam trzy lata temu (okej, nie wierzę, że minęły już trzy lata). Bob Clark nie jest wprawdzie Kanadyjczykiem, ale Kanadę wybrał sobie, by rozwijać reżyserską karierę i kraj ten może być mu w tej dziedzinie wdzięczny. W A Christmas Story - w przeciwieństwie do Black Christmas - oczywiście nikt się nie zabija, mimo iż marzeniem małego Ralphiego jest otrzymanie w pod choinkę strzelby. Oczekiwanie na wigilijną noc i wyśniony prezent są przeplatane okołoświątecznymi scenkami rodzajowymi. Aż człowiek przypomina sobie jak miał siedem lat i spędził cały grudzień na przekonywaniu rodziców zupełnie racjonalnymi argumentami, że wielki pluszowy pies jest rzeczą absolutnie niezbędną do egzystencji. (Jest). A kto nie zaśmieje się przy wątku wygranej ojca za rozwiązanie krzyżówki, może się już do mnie nie odzywać.



Wesołych Świąt! 

niedziela, 26 października 2014

The Reflecting Skin

Nastąpiła zmiana czasu i jest już bardzo ciemno, poleguję na kanapie, odpoczywając po ultra-intensywnym tygodniu przygód i atrakcji, spośród których najbardziej malowniczą było spotkanie z Gubernatorem Generalnym Kanady! To w sumie zabawne, że pamiętam jak dziś pewien zimowy dzień w roku 2011, gdy w samo południe stałyśmy z Asią na zbiegu ulic Wiślnej i Św. Anny i gawędziłyśmy, czy warto kupować bilet miesięczny, skoro zaraz przyjdzie wiosna i będzie można wyciągnąć rower. (Odpowiadam: nie warto). Potem zgrabnie przeszłyśmy do dyskusji o tym, jaką formę zaliczenia przedmiotu Wprowadzenie do kultury audiowizualnej wybrać - jedną z opcji był blog. Padły wtedy słowa historyczne: "No to może coś o Kanadzie." i w ten oto romantyczny sposób narodziła się Grab Canada! No cóż, nie ukrywam, że nie wpadłabym na to, że przydługi ciąg przyczynowo-skutkowy zaczynający się od tamego pomysłu zaprowadzi mnie w końcu do Sali Senackiej Collegium Novum, bym mogła pouśmiechać się do GG. (Specjalne podziękowania, pozdrowienia i wszystko co najlepsze dla Polskiego Towarzystwa Badań Kanadyjskich i Ambasady Kanady w Warszawie)!


Ale dość tych sentymentów, teraz można ochłonąć i wrócić do zainaugurowanej ostatnio serii o filmowych dziwadłach z Kanady. Danie na dziś: The Reflecting Skin Philipa Ridleya, rok produkcji: 1990.

O święci pańscy, co to jest za film. Nie wiem, co o nim myśleć i nie wiem, jakim cudem obejrzałam go do końca, skoro drażniło mnie w nim wszystko, naprawdę wszystko, od sceny pierwszej do ostatniej. Począwszy od głupiej fryzury i głupiej twarzy bohatera dziecięcego, jego głupiego głosu, przez KOSZMARNYCH BOHATERÓW (nad którymi chciałoby się nawet zapłakać, gdyby nie byli tak nieznośnie okropni), aż po dziwną obrzydliwość zmumifikowanego noworodka (tak, w tym filmie pojawia się zmumifikowany noworodek, w roli drugoplanowej).

Jedno, co mnie nie drażniło, to obłędnie piękne ujęcia. OBŁĘDNIE. W zasadzie każde kolejne nadawało się do wydrukowania i sprzedania w charakterze zaginionego dzieła Andrew Wyetha.




























































To właśnie owo nieludzkie piękno sprawiło, że nie wyłączyłam filmu po pierwszej scenie - takiej z żabą. (Że też można nakręcić coś tak ohydnego w tak pięknych kolorach i plenerach)! Przetrwałam, z przetrąconym żołądkiem, ale oglądałam dzielnie dalej - a co jest dalej? Ano gdzieś wśród pól Idaho mieszka okropny dzieciak Seth Dove ze swoją jeszcze okropniejszą, przemocową rodziną. Nieopodal osiedliła się nieco zdziwaczała sąsiadka, która Setha i kolegów fascynuje i napawa lękiem. Wszyscy, absolutnie wszyscy są tu odpychający (a odpychającym można być na wiele różnych sposobów), życie jest beznadziejne i brzydkie, choć odbywa się wśród oszałamiających pejzaży, i tylko przyjazd starszego brata chłopca - Camerona, w tej roli jak zawsze fajowy Viggo Mortensen - sprawia, że podcięcie sobie żył nie jest jedyną słuszną reakcją na seans The Reflecting Skin. Lecz nie na długo! Jeśli dzieciństwo w tym domu przy stacji benzynowej nie było jeszcze wystarczająco paskudne, to będzie gorzej: zamordowany zostaje kolega Setha. Od tego momentu wszystkie okropieństwa konsekwentnie stają się jeszcze okropniejsze i każda sekunda tej produkcji jest męczarnią. Na dodatek męczarnią podstępną, bo tak wizualnie doskonałą, że jej wspomnienie nigdy, przenigdy  nie ulotni mi się z głowy!

Niestety trzeba sobie zadać to pytanie: czy to jest film wybitny? Obawiam się, że tak. Stwierdzam to z przykrością, bo przykrością jest też oglądanie go. No i fryzura tego chłopaka, no nie mogę! A co najgorsze: w tym całym oceanie niechęci i obrzydzenia dziełem nadal wzdycham do wspomnień o filmowych ujęciach i plenerach, najpiękniejszych z pięknych. Święci pańscy, co to jest za film!

PS. W tym miejscu pierwotnie zachęcałam do czytania bardzo ciekawej interpretacji filmu zamieszczone w jednym z wątków na Filmwebie, ale że w jego pierwszym zdaniu znajduje się wielki spoiler, to usuwam. Zainteresowani znajdą sami. Buziak.

piątek, 24 października 2014

A Plastic Nightmare

Po czym najłatwiej poznać, że moja ekscytacja pisaniem pracy magisterskiej przerodziła się w bezbrzeżne przerażenie? Po tym, że żywotnie interesują mnie zupełnie przypadkowe artykuły w Internecie, w linki do których normalnie bym nie kliknęła. Na przykład: ta lista 50 najdziwaczniejszych filmów. Natychmiast znalazłam na niej pozycje kanadyjskie i niedługo później także się z nimi zapoznałam.

Dziwaczne filmy to nie jest mój konik, bowiem jestem prostym człowiekiem i te tzw. dziwaczne filmy często mnie nudzą. Ale czego się nie robi, by nie wpadać w magisterską panikę! Efektem jest inaugurowana dziś seria trzech blogaskowych postów ze wspólnym mianownikiem dziwaczności. Dziś, na pierwszy ogień, rzecz autentycznie ciekawa: film Pin Sandora Sterna z roku 1988 z podtytułem A Plastic Nightmare (w języku naszym ojczystym zaś dystrybuowany jako Manekin, wyobrażam sobie tę okładkę stojącą niegdyś dumnie na półeczce w jakiejś osiedlowej wypożyczalni VHS w dziale Horror/Thriller):


Powiem tak: ten film jest o wiele, wiele fajniejszy niż na pierwszy rzut oka się zdaje! No bo też czym może zdawać się taka oto wymyślna historyjka: rodzeństwo dorastające w domu lekko dysfunkcyjnym (ale pewnie niewiele ponad średnią krajową) za powiernika dziecięcych smutków ma siedzącego bez ruchu w gabinecie ojca-pediatry medycznego manekina. Czyli tytułowego Pina. Pin, na co dzień materiał szkoleniowy do nauki o zdrowiu, higienie i ludzkim ciele dla pacjentów, po godzinach wysłuchuje zwierzeń wyobcowanego Leona i jego wesolutkiej siostry Ursuli. 

Lata mijają, dzieciaki dorastają, Pin trzyma się mocno. A potem w wypadku samochodowym giną rodzice młodych bohaterów. Pin zostaje z nimi. I zaczyna się jazda bez trzymanki!



Po raz kolejny sprawdziła się zasada podchodzenia do filmu bez uprzedniego wertowania recenzji, opisów, a nawet haseł reklamowych na plakatach (teraz na nie patrzę i widzę, że one też mogą zepsuć zabawę) - dzięki temu długo dawałam się zwodzić gierkom reżysera. Podobała mi się spokojna estetyka, podobało mi się rozegranie historii przy pomocy minimalnej liczby bohaterów, no i przede wszystkim podobało mi się zimne szaleństwo tej opowieści. Aktorstwo: solidne. Poziom napięcia: bardzo satysfakcjonujący. Umieszczenie filmu w szufladce z horrorami może sprawić, że fani potężnego rozlewu krwi mogą być niezadowoleni, ale wielbiciele subtelniejszych produkcji spod znaku chociażby Hitchcocka znajdą w tym filmie dużo dobrego. 

A teraz jeśli chodzi o zapowiadaną we wstępie oraz wspomnianym rankingu tak zwaną dziwaczność: owszem, nie jest to najbardziej oczywista z fabuł. Ale żaden to też formalny eksperyment, żaden szok i niedowierzanie. Igra się tu bezwstydnie z odbiorcą, ale to przecież usiłuje robić każdy szanujący się film od zarania kinematografii. Mnie taka opowiedziana najbardziej klasycznymi ze środków zwariowana historia zadowala. Czy będzie zadowalać zdeklarowanych miłośników prawdziwego przeginania na ekranie? Pewnie nie. Dopóki nie zobaczą, że Pin broni się sam, bez etykietki dziwadła!

Pozdrawiamy.

piątek, 11 lipca 2014

When you're in the middle of a story, it isn't a story at all

Jak już kiedyś wspominałam, posiadam spore pokłady sympatii do kanadyjskiej reżyserski, scenarzystki i aktorki Sarah Polley. Tych dziecięcych niedzielnych przedpołudni z serialem Droga do Avonlea nie zapomina się tak łatwo! Sarah budzi we mnie pozytywne uczucia, ilekroć przebiegam wzrokiem przez jakiś wywiad z nią - jak można nie lubić wielkookiej lewaczki, która straciła ząb w ulicznych zamieszkach i poślubiła potomka polskich imigrantów? Z tym przyjacielskim nastawieniem podchodzę do jej filmów - i niezmiennie jest mi przykro, że AŻ TAK BARDZO mi się nie podobają.




Weźmy takie Take this Waltz z roku 2011. To historia Margot, dziewczyny przed trzydziestką, która mieszka w kolorowym domu z wesołym mężem, autorem książek kucharskich, aktualnie pracującym nad przełomową pozycją pt. "Sto dań z kurczaka". Obraz ich małżeństwa w filmie jest całkiem sielski - dużo się śmieją, dobrze się znają. Tymczasem przy ich ulicy pojawia się nowy sąsiad, jeżdżący rikszą Daniel. I wzbudza ogromną, niepohamowaną fascynację bohaterki, z którą ta nie wie, jak sobie poradzić.

Nie do końca wiem, co myśleć o tym filmie. Wizualnie: jest piękny. Kolorowy. Wysmakowany. Ale zachowanie postaci drażni mnie na każdym kroku. Zupełnie nie potrafię sympatyzować z kompletnie nieracjonalnymi bohaterami, którzy zachowują się jak nastoletnie ofiary ciężko przechodzonego okresu dojrzewania, a nie jak dorośli i myślący ludzie. Ale nie toleruję też spoilerowania, więc nie będę tu rozwodzić się nad tym, dlaczego uważam, że film ten zapełniają jakieś niedorozwinięte emocjonalnie głąby. Pozdrowię tylko Asię, moją współczłonkinię dwuosobowego klubu o nazwie "Nienawidzę filmu Cztery wesela i pogrzeb, bo nie ma żadnego sensu". Ponoć Sarah Polley, kręcąc Take this Waltz, zmagała się z problemami we własnym małżeństwie, to wyjaśniałoby pewne kwestie. To - albo fakt, że bohaterka codziennie musiała jeść kurczaka. Ale okej. Nie zawsze muszę się utożsamiać. Przynajmniej film był przyjemny dla oka, wystąpiła w nim Sarah Silverman, a poniższa scena sprawiła, że trochę zatańczyłam.




Drugie podejście do twórczości Polley jest zupełnie inne - to dokument Stories we tell (Historie rodzinne). Dokument nietypowy, bo opowiadający osobistą historię reżyserki i jej rodziny przy dużej pomocy prywatnych archiwalnych nagrań video. Z tym że nie są to autentyczne nagrania! (Wykrzyknik, bo naprawdę dałam się nabrać). To zainscenizowane sceny nakręcone starą kamerą, by udawać rodzinne archiwum. Rozmowy z krewnymi i owe fragmenty stylizowanych filmów powoli prowadzą do ujawnienia rodzinnej tajemnicy, która wpłynęła na życie wszystkich zainteresowanych (znowu: żadnych spoilerów)! To niewiarygodnie osobista historia - tak osobista, że dwa razy sprawdziłam, czy to aby nie paradokument i artystyczna kreacja, ale nie. Samo życie. Doceniły to rozliczne kapituły i Stories we tell uhonorowano wieloma nagrodami. Mnie też zaimponował pomysł na ten film. I głównie pomysł. Film trochę się wlecze, ale rozumiem autorkę, która zmagając się z tak ciężkim i bliskim jej tematem, postępowała powoli i ostrożnie. Na pewno jest to formalny eksperyment, z którego wyszła obronną ręką. (Co będzie można sprawdzić naocznie podczas tegorocznej edycji Letniego Taniego Kinobrania w Kinie pod Baranami w przyszłym tygodniu).




A zatem podsumujmy: Sarah Polley to ważne nazwisko dla współczesnej kinematografii kanadyjskiej. Jest ciekawą, intrygującą postacią i jestem stuprocentowo pewna, że ma przed sobą mnóstwo świetnych filmów. Na pewno wiernie i z radością je obejrzę, nawet jeśli dotychczasowym dokonaniom nie wystawiam maksymalnej noty. Za kilka lat pewnie odniesie gigantyczny sukces, a ja będę się wkurzać na ludzi pytających "A znasz taką reżyserkę Polley? Jest suuuuuper." (znowu pozdrawiam Asię, współczłonkinię klubu "I liked Wes Anderson before it was cool").

czwartek, 26 czerwca 2014

Pontypool

Myślałam naiwnie, że Kanadyjczycy nie mogą mnie już niczym zaskoczyć, ale gdy dane jest mi obejrzeć kanadyjski horror/thriller psychologiczny, gdzie między wierszami pobrzmiewa symboliczne poparcie dla separatyzmu quebeckiego, przypominam sobie, że ze strony Kanady czeka mnie jeszcze wiele niespodzianek!

W 2008 roku Bruce McDonald, reżyser z Ontario, wziął na warsztat powieść Pontypool Changes Everything Tony'ego Burgessa (również Kanadyjczyka) i przerobił ją na film. Trzeba przyznać, że wziął się za to w wielce oryginalny i interesujący sposób: momentami trudno bowiem w przypadku Pontypool mówić o filmie kinowym - o wiele więcej ma w sobie ze słuchowiska radiowego. Taka Wojna światów na nowy wiek. (Wikipedia podpowiada mi, że prawdziwe słuchowisko faktycznie również nagrano, równolegle z filmem i może warto tą wersją się właśnie zainteresować). 

Akcja rozgrywa się w całości w piwnicznych pomieszczeniach będących siedzibą lokalnej rozgłośni radiowej w maleńkiej mieścinie na granicy Ontario i Quebecu, gdzie podstarzały prezenter Grant Mazzy (co to lubi sobie polać whisky do kubka z kawą i czasy radiowej sławy ma już za sobą) prowadzi poranną audycję przy wsparciu pani wydawcy - Sydney - i asystentki, Laurel-Ann. Dzień jak co dzień na zimnym odludziu. Tymczasem, wśród informacji o rozkładzie jazdy autobusów i szkołach zamkniętych z powodu zamieci, do radia zaczynają napływać szczątkowe i niejasne wiadomości o zamieszkach w mieście i dziwnym zachowaniu mieszkańców...

Pomysł jest naprawdę bardzo dobry: zamknąć bohaterów w maleńkim studio, przekazywać informacje poprzez telefony, komunikaty i doniesienia od korespondenta i świadków. Taka formuła wymaga też sporego skupienia ze strony widza: trzeba słuchać :) (co bywało męczące, gdy wszyscy mówili naraz, charczał głośnik i jednocześnie szeptano przez telefon!). Klaustrofobiczna atmosfera i zagrożenie z zewnątrz też wpływają na korzyść.

Wszystko to brzmi zachęcająco. A jednak: nie zachwyciło. Początkowa ekscytacja formułą  nie wystarczyła, by przyspawać mnie solidnie do ekranu (plusem filmu opartego na rozmowach jest to, że spokojnie można go dooglądać gotując obiad). Było trochę śmieszne, trochę strasznie, na pewno bardzo kanadyjsko, ale mogłabym żyć nie obejrzawszy Pontypool. Jednakże możecie nie przejmować się moją amatorską opinią! Dajcie filmowi szansę - recenzje w świecie Internetu są przeważnie pozytywne.




Przy okazji: witajcie po długiej przerwie! Wakacje dobrze na nas wpływają.


poniedziałek, 11 listopada 2013

II FKK

Żarty się skończyły. Za tydzień ruszamy!

Od poniedziałku do piątku, od świtu do zmierzchu, bez chwili wytchnienia będziemy oddawać się kanadyjskim atrakcjom przygotowanym na to jesienne święto, jakim jest druga już edycja Festiwalu Kultury Kanadyjskiej w Krakowie. Z całych sił zapraszamy do współuczestniczenia. Program prezentuje się następująco:

Polecam wszystko razem i każdą rzecz z osobna. Wykłady, slajdowisko, filmy, konferencja naukowa - wszystko będzie super, zaręczam. Szczególną uwagę kieruję na czwartkową gratkę, jaką jest projekcja filmu Back to God's Country z roku 1919 z muzyką na żywo w wykonaniu zespołu Uda! Dodatkowy plus dla oszczędnych: wstęp na wszystkie tegoroczne wydarzenia jest bezpłatny. Naprawdę nie ma już jak się wykręcić, należy przychodzić, cieszyć się i bawić wyśmienicie. My na pewno tak właśnie bawić się będziemy!

Swą nieuchronną obecność zaznaczyć można tutaj.

sobota, 3 marca 2012

Sto lat GrabCanada!


Skończyło się leniuchowanie (no, jasne). Czas zakasać rękawy i ruszyć do boju o lepszą przyszłość. Odwlekanie wszystkiego na 'po sesji' nie ma najmniejszego sensu, toteż bierzemy się do roboty. Publiczne ogłoszenie naszych planów może nas jedynie zmobilizować.
Zanim przejdę jednak do rzeczy najważniejszych pragnę uczcić minutą gromkich braw dzisiejszy ważny dzień! Dokładnie rok temu powstał nasz ukochany Blog (aż ciśnie mi się na usta pełne czułości słowo Blogasek). Tak, fani! GrabCanada ma już rok! Czegoś się nauczyliście? Coś Was zainteresowało? Zmusiłyśmy Was do zainteresowania się kwestią sporów wewnątrz Partii Liberalnej? Jakkolwiek brzmi Wasza odpowiedź, my jesteśmy o rok wiedzy dalej niż rok temu. Poniekąd zmuszone do zaliczenia kursu założyłyśmy Bloga, który miewał swoje dobre i lepsze momenty. Bloga, który spowodował, że zanim ktoś skrytykuje Kanadę obejrzy się upewniając się, że nie ma nas w okolicy. W związku z powyższym chcemy podziękować (oglądałam cała galę w Kodak Theatre, więc mam wprawę) koleżankom i kolegom ze studiów, którzy nas czytają i lubią, koleżankom i kolegom spoza studiow za to, że z miłą chęcią i ogromną cierpliwością słuchają o tym, że ten a ten pochodzi z Ontario, a to i to zostało wynalezione w Brytyjskiej Kolumbii. Dziękujemy wykładowcom, którzy określili kierunek, w którym podążamy, wspierają nas swoją wiedzą, ciekawostkami oraz pomocami naukowymi. Dziękujemy zaczytującym się w Ani z Zielonego Wzgórza Mamom, dzięki którym Kanada nigdy nie była nam obca, reszcie członków naszych rodzin zwożącym różne souveniry zza Atlantyku. Sobie nazwzajem na motywowanie się, wielostronnicowe rozważania na tematy egystencjalne, leczenie chorych platonicznych miłości do niedostępnych idoli, wspólne narzekanie na marność świata. Publicznie i na forum dziękuję także Karolinie Pietrzok za to, że założyła GrabCanadę. Thank you/Merci. Jeżeli chcecie nam czegoś życzyć to tego, aby nasze teoretyczne pojęcie o Kanadzie przeistoczyło się w praktykę. Prezenty w formie biletów lotniczych pierwszej klasy proszę zostawiać w sekretarciacie Instytutu na Rynku 34. Pijmy!
Docierając w końcu do meritum. Jest piękna, słoneczna sobota, popijamy kawę (ja), jemy lody (K.) i rozmyślamy nad tym jak będziemy świętować wspólne urodziny i co założymy na spotkanie z Ambasadorem Kanady w Polsce. Zanim jednak do tego dojdzie zaczniemy od rzeczy bardziej przyziemnych, w związku z czym reaktywujemy Sekcję Kanady w ramach Koła Naukowego Amerykanistyki UJ. Wszystkich, którzy zainteresowani są pojawieniem się w Spokoju 8. maja (DZIEŃ KOBIET!) prosimy o wciśnięcie TAK na fejsbukowej stronie wydarzenia. Obiecujemy, że tematu historii Kanady nie poruszymy (wybacz Ula, inscenizację bitwy pod Vimmy Ridge przekładamy na inny termin). Będzie audiowizualnie, będzie burza mózgów, będą nasze (genialne, a jak) pomysły i konkretne plany. Nie spotykamy się przecież po to by przepytywać was z kanadyjskiego ustroju. Dyplomatycznie postaramy się nie poruszać tematu Quebecu, gdyż wiemy, że może on budzić mieszane odczucia. Postaramy się, by było choć trochę naukowo, Koło Naukowe do czegoś zobowiązuje. Będzie fajnie. Jako Sekcja będziemy robić fajne rzeczy, słuchać fajnej muzyki i może pojedziemy do Kanady (nie bierzcie tego za pewnik, to element naszego PRu.)
Zapraszamy do śledzenia rozdania nagród kanadyjskiego przemysłu filmowego - Canadian Film Fest rozpoczyna się już 28 marca w Toronto. 6 premier światowych brzmi nieźle. 

sobota, 17 grudnia 2011

WATCH ALL THE FILMS

Cześć, nie mam już życia, od kiedy znalazłam TO. Czemu nikt dotąd nie poinformował mnie o istnieniu takiej strony?


National Film Board of Canada to kanadyjska państwowa wytwórnia mająca na koncie 13 tysięcy produkcji z dziedziny dokumentu, animacji i fabuły, które to zgarnęły do tej pory 5 tysięcy nagród na calutkim świecie. I produkcje te można oglądać! Na ich stronie! Za darmo! /hiperwentylacja

Tak więc muszę już lecieć, bo tyle cudów świata czeka. Z przykrością orientuję się, że wielki plan obejrzenia w czasie przerwy świątecznej wszystkich zaległych pozycji na egzamin z Historii filmu amerykańskiego może nie zostać zrealizowany w obliczu tych niebywałych wydarzeń. Dyliżans Johna Forda przegrywa z filmem o zorzy polarnej, po stokroć.