Wczorajszy koncert Bena Caplana w Cafe Szafe zakończył kilkumiesięczny pobyt artysty w Europie Wschodniej, do której zalicza i Polskę. Nie gniewajmy się jednak na niego, został pouczony, a koncertem dowiódł po raz kolejny, że traktuje nas poważnie. W kuluarach dało się słyszeć wyrazy wdzięczności kierowane w stronę naszego kraju i Front Row Heroes, dzięki którym poznać nas wszystkich miał okazję. Jesień nastała, liście moczą się w kałużach, a co po niektóre portale śmią twierdzić, że to w dwóch krajach po drugiej stronie Atlantyku autumn jest najpiękniejsza. Podobno to w Kanadzie (to zrozumiałe) i w Stanach Zjednoczonych najpiękniej czerwienieją klony i kasztanowce. Nam pozostaje zachwycać się piękną złotą polską jesienią, która powiązana musi być jakoś z kwietniem, bo też nieźle przeplata (he he he). Tym, jednak, którzy nie mają żadnych wiążących obowiązków w kraju, zmęczeni się polską mentalnością, doprowadzili się i swoje familie do finansowej ruiny dzięki wysokim cenom paliwa i artykułów luksusowych lub też po prostu chcą pochwalić się na Facebooku nowym, intrygującym miejscem zamieszkania, tym wszystkim radzę rozpocząć etap pakowania życia w kartony i EMIGROWAĆ!
Każdy kto chciałby osiedlić się w Kanadzie prędzej czy później
trafi na emigracjadokanady.net . Jest to strona firmy pomagającej Polakom osiedlić się w
najodpowiedniejszym miejscu, znalezieniu pracy, zorganizowaniu życia
w początkowym stadium imigracji. Odpłatnie oczywiście.
Zainteresowany dowie się wtedy, że Kanada to kraj darmowego
ubezpieczenia zdrowotnego, które obejmie także i jego; już po 90
dniach pobytu poza granicami ojczyzny. Przekonywujący ma być także
aspekt mniejszej przestępczości niż w sąsiednich Stanach
Zjednoczonych czy kwestia wysokiego poziomu życia, szczególnie w
Vancouver. Oprócz tego ważną rolę pełnią kanadyjskie
uniwersytety, z których najlepszy - University of Toronto, zajmuje
24 miejsce w zestawieniu uczelni z całego świata. Mimo że w
rankingach tych przodują amerykańska Ivy League,
bardziej zachęcająca dla imigranta ma być cena semestru. W USA jest ona
zdecydowanie wyższa, nawet na tych niżej notowanych uczelniach.
Przykład: rok na usytuowanym na 24. miejscu University of Toronto
kosztuje 17 tysięcy dolarów, przy czym za dwa semestry na
University of New York (29. miejsce) zapłacić trzeba 33 tysiące
dolarów. Według poradnika przyszłego emigranta, nie tylko Stany są
żadną konkurencją, ale i Londyn, który (tutaj zestawiany z
Toronto) nie zapewni przyszłemu emigrantowi godnego życia i wysokich zarobków. Skąd ta pewność? Nie wiadomo, ale Ania z Zielonego Wzgórza była w Kanadzie szczęśliwa. Podobnie jak memu koledze Amanuelowi, tutaj się powiodło.
Urodził
się w Etiopii. Do Kanady wyemigrował piętnaście lat temu. Nie
miał żadnych problemów z wpasowaniem się w multikulturowe
kanadyjskie społeczeństwo. Dziś dużo podróżuje. Sam mówi o
sobie: "jestem obywatelem świata, ale mój dom to Toronto".
Miasto to uważa za metaforę świata. "Living in Toronto is
like travelling the world witout actually going the distance".
Podobnie jak w Nowym Jorku, każda narodowość znalazła tu swój
własny kąt. Little Italy, Korea Town, Ethiopian Village. Wspomina
także wielką społeczność kanadyjskiej Polonii, z którą miał
przyjemność obcować. Z uśmiechem na twarzy wspomina Ukrainkę
pochodzenia polskiego, której dziadkowie oddali ogromne połacie
ziemi, które posiadali w Małopolsce i wyemigrowali za Ocean.
Opowiada o swoich przyjaciołach ze studiów, którzy pochodzili z
różnych zakątków świata takich jak Egipt, Holandia, Japonia.
Kiedy pytam go o to, ile jest prawdy w określeniu, że Kanadyjczycy
to mili, rozsądni, skorzy do kompromisu i nie wychodzenia przed
szereg się ludzie, odpowiada, że określenia te są jak najbardziej
na miejscu. Oczywiście znajdą się i tacy, którzy ledwo wiążą
koniec z końcem, żyją poza prawem albo budzą strach, ale zaraz
dodaje, że every forest has snakes. Zwraca uwagę na to, że moja
wiedza jaką posiadam o Kanadzie (a dużo jeszcze przede mną)
mogłaby konkurować z tą, jaką posiadają sami Kanadyjczycy, a co
dopiero obcokrajowcy. Według niego małą wagę przykłada się do
kultywowania tradycji, ale zrzucić to można na zbyt wielką
różnorodność kultur, które na co dzień się tam ścierają.
Nie
mogłam oczywiście nie poruszyć kwestii Quebecu. Komentuje to
krótko: "Ci ludzie żyją przeszłością". Nie potrafią
zrozumieć, że XVIII wiek już minął, Francuzi już nie wrócą, a
oni sami działają na swoją niekorzyść odrzucając pomoc ze
strony rządu federalnego. Walczą o swoją tożsamość, której
nikt tak naprawdę nie pragnie im odbierać. Ammanuel podkreśla także
różnice, które odczuć można podczas obcowania z Quebecois: "są
bardziej zachowawczy, nieufni, ale to wciąż sympatyczni ludzie, z
którymi można się pośmiać i porozmawiać na wiele tematów."
Oczywiście jeśli znasz francuski.
Ani Wy, ani ja nie musimy zgadzać się z tym, co mówi Amanuel. Tak naprawdę każdy Kanadyjczyk ma swoją własną, odrębną na swój sposób, opinię na temat swoich rodaków. W zależności od miejsca pochodzenia, wychowania, zainteresowań, dostępu do kultury. Oczywiście nikogo, nawet tych niemałych ignorantów, nie zaskoczy słowo wielokulturowy, które po raz kolejny tutaj publikuję (wciskam). Mądrować się mogę, ale zachęcając Was do kupienia biletu za Ocean sama się skonfudowałam. To tak ładnie brzmi jak się czyta. Zrobić coś w rzeczywistości jest strasznie ciężko. Niemniej jednak, jeśli ktoś podejmie to ryzyko/wyzwanie niech da znać. Zrobię mu ołtarzyk, dodam do znajomych, a potem będę podlizywać się tak długo, aż nie zaoferuje mi wspólnego mieszkania i nie załatwi pracy.
***
Oczywiście nie wyjeżdzajcie do 17 listopada kiedy to zakończy się przewspaniały Festiwal Kultury Kanadyjskiej.
Poza tym na Fejsbuku mamy nowe logo i jesteśmy super. Klik: GrabCanada
poniedziałek, 15 października 2012
niedziela, 9 września 2012
I can only kill you with a song
Etykiety:
dirty beaches,
divine fits,
stars,
the sweater
Ben Caplan, jaki jest, każdy wie. Podczas wiosennego pobytu w mieście królów polskich zjednał sobie sympatię tłumów - dziwnym nie jest zatem, że wraca, by znów zaśpiewać i wychylić kielona na scenie i poza nią. Ale na tydzień przed jego występem w Rozrywkach 3 pojawi się inny kanadyjski (a konkretnie quebecki) wykonawca: Alex Zhang Hungtai znany jako Dirty Beaches! Czy się cieszymy? Bardzo. Ten montrealski chłopak wie, co to dobre lo-fi. 23 września niech upłynie z piosenką.
The Sweater by Sheldon Cohen, National Film Board of Canada
Trzymając się kurczowo tematów muzycznych: wśród kanadyjskich nowości płytowych przynajmniej dwie zasługują na baczniejsze spojrzenie.
Kilka miesięcy temu dopadły nas smutki, gdy słodka parka tworząca Handsome Furs postanowiła się rozstać, a tym samym rozwiązać zespół. Wiadomym było jednak, że Dan Boeckner długo próżnować nie zamierza - i faktycznie, po chwili sygnował już swoim nazwiskiem nowy projekt. I to w nie byle jakim towarzystwie, dołączył do niego bowiem Britt Daniel z teksaskiego Spoon, by utworzyć nową supergrupę Divine Fits. Pierwszy album - A Thing Called the Divine Fits - ukazał się przed kilkoma dniami i nie zawodzi! Chłopakom współpraca wychodzi na dobre, udało im się znaleźć ciekawe brzmienia i jakościowo stawiam ich zdecydowanie wyżej niż ostatnie dokonania Handsome Furs.
Drugim wydawnictwem wartym uwagi jest The North grupy Stars z Toronto. Bujają się oni po kanadyjskich scenach od ponad dziesięciu lat, wielkimi gwiazdami jakoś zostać nie mogą i nie zostaną nimi też zapewne przy okazji nowego albumu. Nie zmienia to jednak faktu, iż jest to album wyjątkowo udany. Elegancki i subtelny w starym stylu, ale bez nachalnej retro stylizacji. Kilka rzeczy ślicznych - jak na przykład ten rozbujany numer. Dużo gwiazdek dla Stars!
W poprzedniej notce Asia wspominała swetry - tak się składa, że NFB właśnie w tym tygodniu opowiada nam w uroczej krótkometrażowej animacji o swetrach, hokeju i małym miasteczku w Quebecu. Aż się chce wskoczyć w łyżwy (juz niedługo)!
piątek, 7 września 2012
*
OK. Jesień oficjalnie nadeszła, a wraz z nią pojawiły się wełniane skarpetki do spania i komin na szyi. Nie mogłam się powstrzymać od wpisania w google.com hasła Canadian+Sweater, dzięki czemu poznałam kolejny symbol, za który powinien zostać przyznany punkt na egzaminie z Problematyki Kanadyjskiej (czytajcie nas drugoroczniaki). Zimne wieczory umila nam pan przyjaciel telewizor, który niejednokrotnie zaskoczył mnie tym jak bardzo dobrze zabija czas i wydajność mózgu. Wczoraj zachęcona wyłapaniem słowa Kanada w miejscu ukazującym kraj produkcji, obejrzałam kolejny film dokumentalny, który sprawił mi przyjemność. A pomyśleć, że jeszcze kilka lat (naprawdę LAT; od czterech, co najmniej ,je uwielbiam) temu uważałam, że ogląda je tylko mój dziadek i tylko kiedy lecą na Discovery Science. "101 Zamachów na Hitlera" i "Skarby Atlantyku" znamy na pamięć. Tak więc zachęcona tym, że Wielka Księżna Olga Aleksandrowna umarła w 1960 r. w Toronto, obejrzałam ponad godzinny film, do czego zachęcam wszystkich. Olga wyjechała do Kanady z powodów politycznych. Na miejscu obracała się w kręgu rosyjskich intelektualistów żyjąc na farmie, malując obrazy. Z dworskiego przepychu do krowiego łajna, ale tak naprawdę od wielkiej depresji do radości czerpanej z życia i prawdziwej miłości. Nie wiem, czy łatwo jest się przyzwyczaić do takiego regresu społecznego, ciężko natomiast wyobrazić sobie skarbiec carskiej rodziny jeżeli już na przełomie XIX i XX wieku posiadali oni kamerę, która uwieczniła większość część koronacji brata Olgi, Cara Mikołaja II. Co kręcili wtedy w Kanadzie? Jeszcze nic.
(koronacja Mikołaja na Cara Rosji 1896)
Rosjanie z pewnością uparliby się, że urządzenie filmujące wynaleźli sami, wierząc w to tak samo mocno jak w to, że Putin potrafi wskazać żurawiom odpowiednią drogę. Wracając do filmu, polecam go tym, którzy czerpią przyjemność z poznawania przeszłości z czarno-białych fotografii, wielbicielom historii miłosnych i przepychu (suknia ślubna za 35 tys. rubli, gdzie dla porównania jedna cenna, luksusowa krowa kosztowała 4 ruble?!) oraz wszystkim tym, których wiatr i siąpiący deszcz zatrzymały dzisiaj pod kołdrą. To jest właśnie magia filmów dokumentalnych - dziś nie umiem sobie odpowiedzieć co spowodowało, że wysiedziałam dwie godziny, a w czasie reklam nie przełączałam kanału. Dziś jednak zechciało mi się o tym napisać. Chyba o to chodzi.
Z zupełnie innej beczki napomknę tylko o wielkim powrocie wielkiego Bena. Uważam, że nie ma koncertu Bena Caplana bez Olgi Kwaczyńskiej, ale skoro koleżanka wybiera Holandię, przyjdzie nam wszystkim bawić się bez niej. Oficjalnie ogłoszę, iż koncert odbędzie się 28. września w Rozrywkach 3. Front Row Heroes (oraz wszyscy cudowni wolontariusze) serdecznie zapraszają! Będzie się bawiło. No i piło.
*Notka powstała dzięki niechęci do raportu z Kostaryki, który piszę od maja. Jeżeli znacie kogoś, kto regularnie pisuje raporty na to państwo, dajcie mi proszę numer. W zamian obiecuję wafelka, herbatę na piękno lub 1/20 pewnych używek, których pudełko jest dziś wściekle różowe.
czwartek, 30 sierpnia 2012
this is a great, great story
Etykiety:
festiwal kultury kanadyjskiej,
moonface,
sarah polley,
spencer krug
Dzieci szykują się do szkoły, Bogusław Linda szepcze mi do ucha, że nigdy nie będzie takiego lata, jeszcze kilka chwil, a przyjdzie wciągnąć na korpus wełniany sweter. To dobry czas, by zerknąć w przyszłość. A przyszłość będzie udana - już teraz wiadomo, że ta jesień w Krakowie upłynie pod niejednym kanadyjskim znakiem, nad czym między innymi dziarsko pracuje dziarskie Koło Naukowe! Festiwal Kultury Kanadyjskiej oszołomi wszystkich wodospadem atrakcji już w listopadzie, trzymajcie rękę na pulsie, bo będą się działy rzeczy wspaniałe. Mała podpowiedź? Ależ proszę.
Takie to doniesienia z wakacyjnego frontu. Bądźcie zdrowi, zbierajcie siły na jesienny desant. Z nowym teledyskiem nieocenionego Spencera i kolegów w podorężu oczywiście:
Wszystkich zainteresowanych współpracą/pomocą przy organizacji tego wiekopomnego wydarzenia (będzie co robić) prosimy o kontakt pod zaskakującym adresem festiwalkulturykanadyjskiej@gmail.com - gwarantujemy wdzięczność, przyjaźń i wszelkie niezbędne w karierze zaświadczenia.
To oczywiście nie wszystko - ostrzenie zębów na kanadyjskie atrakcje już wprawdzie trwa, ale nie uprzedzajmy zdarzeń. Na kolejne ekscytacje przyjdzie pora, póki co obejrzyjmy trailer nowego filmu słodkiej Sarah Polley.
Oscar®-nominated director Sarah Polley offers up a genre-twisting film that playfully excavates layers of myth and memory to reveal the truth at the core of a family of storytellers. The film premieres at Venice Days film festival, followed by a Special Presentation at the Toronto International Film Festival in September.
Takie to doniesienia z wakacyjnego frontu. Bądźcie zdrowi, zbierajcie siły na jesienny desant. Z nowym teledyskiem nieocenionego Spencera i kolegów w podorężu oczywiście:
sobota, 25 sierpnia 2012
Let's take a little break.
Etykiety:
green zoo festival,
lato,
Quebec,
socalled,
strajki w Quebecu
Wakacje pełną parą (a wyrażenie te nabiera nowego sensu, gdy spędza się je w światowej stolicy Parowozów), mało więc czasu na cokolwiek innego jak nicnierobienie. Z uśmiechem na ustach zamierzam to kontynuować, a że nawet pisanie zaliczam do sportów, także notka ta będzie miała charakter tylko i wyłącznie informacyjny. 1. Żyjemy i bez studiów mamy się nad wyraz dobrze. 2. Widzimy się w październiku w Krakowie.
Przed nami jeszcze 5 tygodni słodkiego lenistwa zanim zaczniemy spalać letnie kalorie wchodząc na drugie trzecie piętro budynku na Rynek 34. Cieszmy się podróżami PKP do woli, bo po wakacjach tłumy będą mniejsze.
Mimo że szał po Green Zoo nareszcie powoli mija uchylę rąbka tajemnicy i pokażę jak się świetnie bawiliśmy. Be dżelys.
Przed nami jeszcze 5 tygodni słodkiego lenistwa zanim zaczniemy spalać letnie kalorie wchodząc na drugie trzecie piętro budynku na Rynek 34. Cieszmy się podróżami PKP do woli, bo po wakacjach tłumy będą mniejsze.
Mimo że szał po Green Zoo nareszcie powoli mija uchylę rąbka tajemnicy i pokażę jak się świetnie bawiliśmy. Be dżelys.
(przepracowici wolontariusze i Tak Zwany Socalled.)
Ledwo tutaj widocznie, ale mocno i z całego serca, wspieraliśmy strajki studentów w Quebecu, co demonstrowaliśmy nosząc czerwone przypinki zrobione z ogona montrealskiego pluszowego potwora.
(tu już bardziej wymownie)
To spotkanie z rodowitymi Montrealczykami uświadomiło nam, że Quebecois chcą zmian, dążą do nich, a wszelkie stereotypy o ich zacofaniu i ciemnych umysłach powinny zostać obalone tu i teraz. Jeżeli się chce, można wszystko. Ale o tym, mimo braku przedmiotów o tematyce kanadyjskiej, usłyszymy na pewno już w październiku. Do zo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
