czwartek, 18 grudnia 2014

seasonal greetings

Słuchajcie, Święta już za 6 dni! Za 18 godzin zaczynamy ferie! Dziś siedzimy jeszcze w naszym milutkim Instytucie, jemy pierniki i słuchamy orkiestry zza okna. Niektórzy (nie wskazuję palcem) twierdzą, że nie czują jeszcze świątecznej atmosfery - ja czuję jak najbardziej, bowiem poważnie i metodycznie nad nią pracuję za pomocą ścieżki dźwiękowej, aktywności (łyżwy!) oraz filmografii. Jeśli pragniecie wprowadzić się w odpowiedni nastrój za sprawą produkcji kanadyjskich, służę pomocą. Trzy filmy na Święta (ale oczywiście nie na niedzielę).



1. The Christmas Consultant

Zdecydowanie za bardzo lubię Davida Hasselhoffa. To naprawdę spoko gość! Może większości obywateli świata kojarzy się tylko z czerwonymi kąpielówkami, ale okazuje się, że czasem wkłada też kurtkę i czapkę, co musiałam niezwłocznie zobaczyć. Jak wszystko, w czym pojawia się David, The Christmas Consultant jest przygodą! To nakręcony w 2012 film telewizyjny w reżyserii tajemniczego Kanadyjczyka Johna Bradshawa, który, jak się okazuje, uczynił robienie świątecznych filmów swoją życiową misją (JEDYNY SŁUSZNY WYBÓR). O co tu chodzi? O zmęczoną obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi panią Fletcher pragnącą nieco ułatwić sobie życie zatrudniając tytułowego świątecznego party plannera (którego zaangażowanie i ekscytacja wszystkim świątecznym może równać się tylko z moimi), by zorganizował jej idealne Boże Narodzenie. W tej roli cudownie okropny Hasselhoff z zieloną muchą pod szyją. Gdyby film ten nie pochodził z telewizji Lifetime, do końca czekałabym na plot twist i odkrycie, iż bohater jest psychopatycznym mordercą wieszającym na choince głowy swoich ofiar. Nie jest, to tylko kunszt aktorski Davida. Jeśli lubicie filmy rozkosznie beznadziejne, polubicie The Christmas Consultant. Jeśli lubicie filmy o Świętach, polubicie The Christmas Consultant. Jeśli lubicie obie te rzeczy naraz, szykujcie się na małe eksplozje w Waszych głowach, David forever!


  
2. Mon Oncle Antoine

Tu nie ma kampowego Davida i w ogóle nie bardzo jest do śmiechu. Jeśli tak jak ja nieświadomie włączycie tę quebecką produkcję z 1971 roku pełni świątecznego ciepła i radości w serduszkach, to będzie Wam trochę źle. Nikt tu nie śpiewa ładnych piosenek, pokoju dla ludzi dobrej woli brak, a brudnozimowy krajobraz regionu Asbestos chorobliwie przypomina moje rodzinne Świętochłowice 20 lat temu. Jeśli jednak bardziej niż ukołysania się w kolorowym świecie mikołajów, choinek i powszechnej miłości szukacie porządnego kina - Wujaszek Antoine jest dla Was! Claude Jutra przedstawia dorastanie w Quebecu wśród mroków lat 40. w sposób brutalny. Śmierć, brzydkie twarze, zimno i wielkie futra. Nie będę wyliczać tu wszystkich nagród i list top ten, na których ten film się znalazł, bo są liczne. Gdyby istniała lista najmroczniejszych filmów świątecznych, to bym go na niej umieściła. Dla tych, którzy depresji nie porzucają nawet sezonowo - jak znalazł, NFB służy w całości:



3. A Christmas Story

By nie zostawiać nikogo z brudnym śniegiem i chorobą jako gwiazdkowym leitmotivem, na koniec propozycja z kategorii tych miłych, dobrych i przyjemnych jak Święta. Niby też osadzona w latach 40., a jakże niepodobna! To dzieło Boba Clarka - zupełnie inne w klimacie niż jego świąteczna produkcja, o której pisałam trzy lata temu (okej, nie wierzę, że minęły już trzy lata). Bob Clark nie jest wprawdzie Kanadyjczykiem, ale Kanadę wybrał sobie, by rozwijać reżyserską karierę i kraj ten może być mu w tej dziedzinie wdzięczny. W A Christmas Story - w przeciwieństwie do Black Christmas - oczywiście nikt się nie zabija, mimo iż marzeniem małego Ralphiego jest otrzymanie w pod choinkę strzelby. Oczekiwanie na wigilijną noc i wyśniony prezent są przeplatane okołoświątecznymi scenkami rodzajowymi. Aż człowiek przypomina sobie jak miał siedem lat i spędził cały grudzień na przekonywaniu rodziców zupełnie racjonalnymi argumentami, że wielki pluszowy pies jest rzeczą absolutnie niezbędną do egzystencji. (Jest). A kto nie zaśmieje się przy wątku wygranej ojca za rozwiązanie krzyżówki, może się już do mnie nie odzywać.



Wesołych Świąt! 

środa, 5 listopada 2014

Michael B. tańczy i śpiewa w Krakowie

Dane:
W dniu 4. listopada w Kraków Arenie odbył się, trwający dwie godziny, występ pana Michaela Buble. Była tam moja mama, ja oraz ponad 10 tysięcy innych osób. Część z nich zapewne zgodziła by się ze mną, mówiąc, że znalazła się tam przez większy lub mniejszy, ale przypadek. Nikt jednak nie wyszedł niezadowolony*.

*Badania przeprowadzone przeze mnie podczas stania w kolejce przez 1 godz. po zakończeniu występu. Nie słyszałam jęczących, marudzących i żałujących wydanych pieniędzy uczestników wydarzenia.

Gdybym w lutym br. nie została zmuszona do wyrażenia zgody na ugoszczenie mojej mamy w listopadzie w związku z koncertem jej wieloletniego muzycznego idola, nawet bym o tym wydarzeniu nie wiedziała. Plakatów w mieście wisiało niewiele, a ogromnego telebimu na Kraków Arenie nie mialabym prawa zobaczyć. Niemniej jednak, po udanym weekendzie bez wizyty na cmenatarzu (nie miałam ochoty na miodki, frytki, zapiekanki ani inne niezbędne tam potrawy) wsiadłyśmy w przepełniony tramwaj nr 14 i po 45 minutach byłyśmy na miejscu.



Szybko oddałysmy kurtki do szatni przy samym wejściu, kupiłyśmy wodę niegazowaną, bo gazowanej już nie mieli, ostatnia wizyta w toalecie i jesteśmy gotowe. Usiadłysmy na wykupionych miejscach w momencie, gdy support zwany Naturally 7 zaczynał swój drugi kawałek. Panowie dali energetyczny występ, któremu brak jakichkolwiek instrumentów niewiele ujął. Nauczyli nas prostego tańca, zapowiedzieli gwiazdę wieczoru, wspomnieli o sprzedaży swoich płyt i okazji do zdobycia ich podpisu i poszli. Nie będę udawać, że mi się nie podobało! Dopiero w domu przypomniałam sobie, że znam ich przecież z wielkiego hitu Sarah Connor puszczanego na Vivie w okresie gimnazjum! Oto on: 

Krótka przerwa i zaczęło się właściwe show. Król Coverów pojawił się na scenie po wybuchu prawdziwego ognia. Zjechał w swingowym stylu z podestu i zaczął upalnym Fever. Reszty utworów nie pamiętam w kolejności chronologicznej. Wiem jednak, że obiecał nam wszystkim randkę, która zaczynie się spokojnie (tutaj zalecił wrócenie na swoje krzesełka, aby nie wyglądać głupio stojąc przy wolnej piosence) i przechodzi amplitudą faz kończąc na gorącym, brudnym (tu cytat) seksie. Zaraz po rozpoczęciu uszczęsliwił jedną ze swych fanek, która w ręku trzymała różowe serce z napisem Can I Hug You?. No to ją przytulił. Podpisał także serce, dzięki czemu, po sprzedaniu go na Ebay'u miała odzyskać kasę za bilety. Pani nie została odwieziona do szpitala z podejrzeniem zawału, gdyż widziałyśmy ją przy wyjściu po koncercie. Czerwoną z wrażenia, ale całą. Michael okazał się być artystą rozmownym, zabawnym, ujmującym na swój sposób. Jako osoba, która nigdy nie obejrzała jego występów live na youtube, nie wiedziałam czego się spodziewać. Okazał się być miłym zaskoczeniem. 

Podczas wesołych rozmów z publicznością wspomniał o swoim kanadyjskim pochodzeniu. Zestawił Kanadę z Krakowem, który posiada architecture, art and an atmosphere. Jeden z utworów dedykował wszystkim pierogom, których jeszcze nie zjadł. Zapowiedział też liczne powroty. Słodziak. Wiadomym jest, że nie słynę z poczucia humoru, ale pan Michael bardzo mnie rozbawiał. Może to ta atmosfera. Kiedy biegał wśród publiczności po specjalnie ku temu stworzonej scenie, ktoś dał mu biało-czerwony szalik. Spojrzał, podniósł i oddał. "oho..-myślę sobie-nie masz jednak do nas szacunku, Ty Kanadyjczyku!". Śpiewał i śpiewał, kurtyna poszła w dół i niby koniec. Wszyscy krzyczą: "aaaaa", "Majkel Majkel", "yeeaaaaahhh yeah yeah"; no to wyszedł. Przebrał czarną marynarkę na brokatowo-srebrno-świecącą, zaśpiewał jescze dwa kawałki i NAGLE, zza pazuchy WYCIĄGNĄŁ NASZ PIĘKNY, POLSKI, piłkarski, SZALIK! Wszyscy wydali z siebie przeciągłe "ooooooooooooohhh....". Pochwalił nasz kraj, powiedział kilka ciepłych słów, w które oczywiście uwierzyłam, nazwał mnie swoją przyjaciółką i tyle go widzieli. Bardzo fajny gest, piosenkarzu!


Jeśli jesteśmy przy cudownej atmosferze to wspomnieć muszę o doskonale przygotowanej scenie i wzruszającej oprawie wizualnej. Podnoszące się konstrukcje na środku, jeżdzący band, kurtyna czy scena po drugiej stronie sali-wszystko wyglądało megaprofesjonalnie. Papierowe, czerwone i białe serduszka lecące z nieba przy All You Need Is Love samoistnie wpisały się w konwencję polsko-kanadyjskiej sztuki dziejącej się na scenie. Kilkukrotnie zdarzyło mi się złapać na tym, że nie bardzo wiem co się dzieje, gdyż patrzyłam tylko na złoty pył czy błękitne płomienie wylatującez ekranu za zespołem. Mój podziw dla muzyków jest tak ogromny, że nie mam ochoty podejmować się skrócenia go do kilku zdań wplecionych w ten tekst. W olbrzymim skrócie: wszyscy ukończyli najlepsze szkoły muzyczne na świecie, grali równo, a do tego pięknie wyglądali w garniturach. Bomba!


Jak można zauważyć niewiele napisałam na temat samej muzyki. Takie recenzje/relacje możecie znaleźć na wszystkich portalach, których dziennikarze dostali darmowe wejściówki na płytę. Tak jak już wspominałam w opowieściach ustnych-muzykę z tego koncertu zapamiętam w mniejszym stopniu, niż to, co widziały moje oczy. Muzyka była idealnym dopełnieniem, wszystkie autorskie utwory, które znałam wcześniej (w ilości 4) były wykonane i nie można się do niczego było przyczepić. Ku mojemu jednak zaskoczeniu nie zaśpiewał żadnej świątecznej piosenki! Z kilku ballad zrezygnował na rzecz wesołych piosenek pod nóżkę, sam zrzesztą stwierdził że jeśli zaśpiewa jeszcze jedną smutną piosenkę, to się potnie. Gość śpiewa pięknie, niezależnie od tego czy stoi (a nie stał), tańczy, skacze, sunie po posadzce, przechodzi przez tłum czy akurat kręci siebie i tłumy komórką nastoletniej fanki. 



Wciąż jestem pełna wrażeń. Moja Mama spełniła jedno ze swych marzeń, a dodatkowo kolejny raz udowoniła mi, że należy jej słuchać, próbować rzeczy nieznanych i że zawsze ma rację mówiąc mi co jest dobre, a co nie. 

Ps. Żałuję tylko jednej rzeczy-nie zdążyłam nagrać Michaela Buble śpiewającego Taylor Swift. Shame.On.Me.



niedziela, 26 października 2014

The Reflecting Skin

Nastąpiła zmiana czasu i jest już bardzo ciemno, poleguję na kanapie, odpoczywając po ultra-intensywnym tygodniu przygód i atrakcji, spośród których najbardziej malowniczą było spotkanie z Gubernatorem Generalnym Kanady! To w sumie zabawne, że pamiętam jak dziś pewien zimowy dzień w roku 2011, gdy w samo południe stałyśmy z Asią na zbiegu ulic Wiślnej i Św. Anny i gawędziłyśmy, czy warto kupować bilet miesięczny, skoro zaraz przyjdzie wiosna i będzie można wyciągnąć rower. (Odpowiadam: nie warto). Potem zgrabnie przeszłyśmy do dyskusji o tym, jaką formę zaliczenia przedmiotu Wprowadzenie do kultury audiowizualnej wybrać - jedną z opcji był blog. Padły wtedy słowa historyczne: "No to może coś o Kanadzie." i w ten oto romantyczny sposób narodziła się Grab Canada! No cóż, nie ukrywam, że nie wpadłabym na to, że przydługi ciąg przyczynowo-skutkowy zaczynający się od tamego pomysłu zaprowadzi mnie w końcu do Sali Senackiej Collegium Novum, bym mogła pouśmiechać się do GG. (Specjalne podziękowania, pozdrowienia i wszystko co najlepsze dla Polskiego Towarzystwa Badań Kanadyjskich i Ambasady Kanady w Warszawie)!


Ale dość tych sentymentów, teraz można ochłonąć i wrócić do zainaugurowanej ostatnio serii o filmowych dziwadłach z Kanady. Danie na dziś: The Reflecting Skin Philipa Ridleya, rok produkcji: 1990.

O święci pańscy, co to jest za film. Nie wiem, co o nim myśleć i nie wiem, jakim cudem obejrzałam go do końca, skoro drażniło mnie w nim wszystko, naprawdę wszystko, od sceny pierwszej do ostatniej. Począwszy od głupiej fryzury i głupiej twarzy bohatera dziecięcego, jego głupiego głosu, przez KOSZMARNYCH BOHATERÓW (nad którymi chciałoby się nawet zapłakać, gdyby nie byli tak nieznośnie okropni), aż po dziwną obrzydliwość zmumifikowanego noworodka (tak, w tym filmie pojawia się zmumifikowany noworodek, w roli drugoplanowej).

Jedno, co mnie nie drażniło, to obłędnie piękne ujęcia. OBŁĘDNIE. W zasadzie każde kolejne nadawało się do wydrukowania i sprzedania w charakterze zaginionego dzieła Andrew Wyetha.




























































To właśnie owo nieludzkie piękno sprawiło, że nie wyłączyłam filmu po pierwszej scenie - takiej z żabą. (Że też można nakręcić coś tak ohydnego w tak pięknych kolorach i plenerach)! Przetrwałam, z przetrąconym żołądkiem, ale oglądałam dzielnie dalej - a co jest dalej? Ano gdzieś wśród pól Idaho mieszka okropny dzieciak Seth Dove ze swoją jeszcze okropniejszą, przemocową rodziną. Nieopodal osiedliła się nieco zdziwaczała sąsiadka, która Setha i kolegów fascynuje i napawa lękiem. Wszyscy, absolutnie wszyscy są tu odpychający (a odpychającym można być na wiele różnych sposobów), życie jest beznadziejne i brzydkie, choć odbywa się wśród oszałamiających pejzaży, i tylko przyjazd starszego brata chłopca - Camerona, w tej roli jak zawsze fajowy Viggo Mortensen - sprawia, że podcięcie sobie żył nie jest jedyną słuszną reakcją na seans The Reflecting Skin. Lecz nie na długo! Jeśli dzieciństwo w tym domu przy stacji benzynowej nie było jeszcze wystarczająco paskudne, to będzie gorzej: zamordowany zostaje kolega Setha. Od tego momentu wszystkie okropieństwa konsekwentnie stają się jeszcze okropniejsze i każda sekunda tej produkcji jest męczarnią. Na dodatek męczarnią podstępną, bo tak wizualnie doskonałą, że jej wspomnienie nigdy, przenigdy  nie ulotni mi się z głowy!

Niestety trzeba sobie zadać to pytanie: czy to jest film wybitny? Obawiam się, że tak. Stwierdzam to z przykrością, bo przykrością jest też oglądanie go. No i fryzura tego chłopaka, no nie mogę! A co najgorsze: w tym całym oceanie niechęci i obrzydzenia dziełem nadal wzdycham do wspomnień o filmowych ujęciach i plenerach, najpiękniejszych z pięknych. Święci pańscy, co to jest za film!

PS. W tym miejscu pierwotnie zachęcałam do czytania bardzo ciekawej interpretacji filmu zamieszczone w jednym z wątków na Filmwebie, ale że w jego pierwszym zdaniu znajduje się wielki spoiler, to usuwam. Zainteresowani znajdą sami. Buziak.

piątek, 24 października 2014

A Plastic Nightmare

Po czym najłatwiej poznać, że moja ekscytacja pisaniem pracy magisterskiej przerodziła się w bezbrzeżne przerażenie? Po tym, że żywotnie interesują mnie zupełnie przypadkowe artykuły w Internecie, w linki do których normalnie bym nie kliknęła. Na przykład: ta lista 50 najdziwaczniejszych filmów. Natychmiast znalazłam na niej pozycje kanadyjskie i niedługo później także się z nimi zapoznałam.

Dziwaczne filmy to nie jest mój konik, bowiem jestem prostym człowiekiem i te tzw. dziwaczne filmy często mnie nudzą. Ale czego się nie robi, by nie wpadać w magisterską panikę! Efektem jest inaugurowana dziś seria trzech blogaskowych postów ze wspólnym mianownikiem dziwaczności. Dziś, na pierwszy ogień, rzecz autentycznie ciekawa: film Pin Sandora Sterna z roku 1988 z podtytułem A Plastic Nightmare (w języku naszym ojczystym zaś dystrybuowany jako Manekin, wyobrażam sobie tę okładkę stojącą niegdyś dumnie na półeczce w jakiejś osiedlowej wypożyczalni VHS w dziale Horror/Thriller):


Powiem tak: ten film jest o wiele, wiele fajniejszy niż na pierwszy rzut oka się zdaje! No bo też czym może zdawać się taka oto wymyślna historyjka: rodzeństwo dorastające w domu lekko dysfunkcyjnym (ale pewnie niewiele ponad średnią krajową) za powiernika dziecięcych smutków ma siedzącego bez ruchu w gabinecie ojca-pediatry medycznego manekina. Czyli tytułowego Pina. Pin, na co dzień materiał szkoleniowy do nauki o zdrowiu, higienie i ludzkim ciele dla pacjentów, po godzinach wysłuchuje zwierzeń wyobcowanego Leona i jego wesolutkiej siostry Ursuli. 

Lata mijają, dzieciaki dorastają, Pin trzyma się mocno. A potem w wypadku samochodowym giną rodzice młodych bohaterów. Pin zostaje z nimi. I zaczyna się jazda bez trzymanki!



Po raz kolejny sprawdziła się zasada podchodzenia do filmu bez uprzedniego wertowania recenzji, opisów, a nawet haseł reklamowych na plakatach (teraz na nie patrzę i widzę, że one też mogą zepsuć zabawę) - dzięki temu długo dawałam się zwodzić gierkom reżysera. Podobała mi się spokojna estetyka, podobało mi się rozegranie historii przy pomocy minimalnej liczby bohaterów, no i przede wszystkim podobało mi się zimne szaleństwo tej opowieści. Aktorstwo: solidne. Poziom napięcia: bardzo satysfakcjonujący. Umieszczenie filmu w szufladce z horrorami może sprawić, że fani potężnego rozlewu krwi mogą być niezadowoleni, ale wielbiciele subtelniejszych produkcji spod znaku chociażby Hitchcocka znajdą w tym filmie dużo dobrego. 

A teraz jeśli chodzi o zapowiadaną we wstępie oraz wspomnianym rankingu tak zwaną dziwaczność: owszem, nie jest to najbardziej oczywista z fabuł. Ale żaden to też formalny eksperyment, żaden szok i niedowierzanie. Igra się tu bezwstydnie z odbiorcą, ale to przecież usiłuje robić każdy szanujący się film od zarania kinematografii. Mnie taka opowiedziana najbardziej klasycznymi ze środków zwariowana historia zadowala. Czy będzie zadowalać zdeklarowanych miłośników prawdziwego przeginania na ekranie? Pewnie nie. Dopóki nie zobaczą, że Pin broni się sam, bez etykietki dziwadła!

Pozdrawiamy.

wtorek, 7 października 2014

The Way the Crow Flies

Disclaimer: Tego posta zaczęłam pisać w zamierzchłych czasach końcówki sierpnia. I tak sobie leżał w oczekiwaniu na publikację. Dziś, gdy ciemno i mgła, a budzik dzwoni o 6:30 w nocy, utyskiwania na wakacyjne niewygody brzmią nieprzyzwoicie. Ale tak było. Cofnijmy się na chwilę do lata.

Jak dobrze zanurzyć się znów w odmętach Internetu! Po dniach koczownictwa na polu namiotowym z reglamentowanym dostępem do wody, prądu i uroków cywilizacji, kołyszę się teraz radośnie w przyjaznych ramionach świata komunikacji elektronicznej. Jestem w domu!

A jeśli plażowanie i brak wytrącających z równowagi bodźców, to i wzmożone czytelnictwo. Upychanie kolanem do torby książki posiadającej ponad 850 stron niemałego formatu mogło wydawać się niepraktyczne, ale okazało się posunięciem słusznym i mądrym. Zwłaszcza że owo 850 stron patrzyło na mnie z biblioteczki posępnie od kilku miesięcy i czekało właśnie na taką okazję.

fot: kieszeniejakocean.blogspot.com


Do powieści Co widziały wrony Ann-Marie MacDonald długo nie mogłam się zebrać. Bo po pierwsze: cegła nieprzeciętna. A po drugie okładka jakaś taka, co to nic dobrego zdaje się nie zwiastować. Ale po ostatnim krwawym, długim i męczącym starciu ze Świętem kozła Llosy poczułam przemożną potrzebę towarzystwa literatury łatwej, przyjemnej i wchodzącej jak w masło. Cegła trafiła więc do bagażu i pojechałyśmy razem w świat.

Jedno jest pewne: z tym pragnieniem rzeczy przyjemnych to się trochę przeliczyłam! W Co widziały wrony podejmuje się bowiem wiele tematów dalekich od przyjemności, są sceny od których przechodzi wręcz czytelnika nieprzyjemny dreszcz. Wtedy niby chce się odłożyć na chwilę tę książkę, ale jakoś się nie odkłada, bo jest, skubana, nieprawdopodobnie wciągająca! Nie chodzi nawet o sam wątek kryminalny, który sunie dość powoli - z przeczytanych opinii wnioskuję, że zbyt powoli dla fanów klasycznych kryminałów. Ja brałam się jednak za Co widziały... bez konkretnych oczekiwań i obyczajowa opowieść o życiu rodzinnym w kanadyjskiej bazie lotniczej w cieniu zimnej wojny co krok napawała mnie zachwytem. 

Bohaterka - Madeleine - ma dziewięć lat i właśnie przyjeżdża z rodzicami do Centralii. Ojciec został tu przysłany do pracy, Madeleine zaczyna szkołę, mama prowadzi dom. Poznają menażerię okolicznych mieszkańców, znajdują serdecznych przyjaciół, życie i przyszłość wyglądają całkiem kolorowo. I bardzo, bardzo powoli na tym sielankowym obrazku pojawiają się rysy. Z daleka nadchodzi poczucie zagrożenia zimną wojną, na miejscu wydarzają się tragedie, których prawdziwą istotę bohaterowie między sobą zatajają - chcąc chronić siebie nawzajem, miotają się wśród niedopowiedzeń. Sielanka się skończyła, przyszły wieki ciemne. Ta powieść czasem drażni, po dziecięcemu aż chce się wołać do książkowych postaci, ostrzegać je i ratować. Tego jednak zrobić nie można. Można tylko pędzić na złamanie karku ku finałowi historii.

Na kilka dni zostałam zakładniczką tej cegły, zamykałam się z nią w pokoju, gdy reszta wakacyjnego towarzystwa śmiała się i balowała za ścianą, spomiędzy kartek do dziś wysypuje się piasek świadczący o tym, jak wiele czasu spędziłam z Wronami na plaży. Lecz niemal jak Edith Piaf - niczego nie żałuję! Szczególnie że rozwiązanie głównej zagadki naprawdę mnie zaskoczyło. Wakacje uważam za bardzo udane.